Pokolenia VI. Życie codzienne familii

Minął rok naszej znajomości, licząc od pamiętnych otrzęsin. Teraz Ala jako drugoroczniaczka przygotowywała otrzęsiny beanom. Skopiowała mój ubiegłoroczny pomysł ze ścianką z kartongipsu, który jej się bardzo spodobał, bo dzięki niemu poznała mnie. Ale zdecydowała wraz z koleżankami, by zwiększyć liczbę otworów. Bo w zeszłym roku wiele było dziewczyn zawiedzionych, że ich nie wylosowano, a panowie też na pewno dopiszą. Nagrodą dla najskuteczniejszej ma być w tym roku laptop, z nagranym filmem z imprezy.
Nasze stosunki z Alą uległy poprawie, od kiedy Iza nadwyrężyła sobie biodro i musiała zrezygnować z dalszych prób czwartkowych. Uznała, że nie skoczy już poczwórnego axla, toteż po rehabilitacji stawu biodrowego, jak już wydobrzała, zaczęła się przymierzać do spełnienia innej niespełnionej dotąd zachcianki.
Zaczęła odwiedzać stadniny koni.
Zwierzyła mi się, kiedy zawoziłem ją do jednego z gospodarstw za Łomiankami, że zamierza kupić ogiera, niekoniecznie pełnej krwi, wynająć cichą stajnię i wytresować go tam w wiadomym celu. Już rozmawiała z pewną trenerką. - Będę potem bilety sprzedawać znajomym babkom, wróci mi się zakup – rzekła, nie wiem, żartując czy na serio.
O planach swej matki wiedziała Michalina, ale ku mojemu zdumieniu nie wyraziła zainteresowania możliwościami przyszłego nabytku, choć to ona przecież miała największe potrzeby i możliwości w tym względzie. Która, jak nie Michalina, byłaby w stanie najgłębiej przyjąć koński obiekt pożądania każdej kobiety? Więc jej desinteresment nie mogło nie zdziwić. - Ja mam swojego ogiera, który ładniej pachnie, dłużej pożyje i przyniesie mi drinka – wyjaśniła ze śmiechem. Natomiast inne kobiety z rodziny, zgodnie z przewidywaniem Izy, coraz natarczywiej ją wypytywały, kiedy wreszcie do wynajętej już stajni przybędzie jej lokator.
Tymczasem Luiza urodziła trzecie dziecko, ku ogólnej radości całej rodziny. Gdzieś po trzech miesiącach od rozwiązania zadzwoniła do mnie. - Pamiętasz naszą rozmowę podczas ostatniej „piętnastki”? Ja jestem znów gotowa do zapłodnienia. Kiedy będziesz miał badania?
Zaskoczyła mnie. Te wszystkie badania genetyczne, DNA, markery i tak dalej mógłbym zrobić w tydzień, bo miałem abonament w renomowanej prywatnej klinice, ale chyba takiej decyzji nie podejmuje się solo, bez udziału rodziny. To dziecko przecież ma nie być moje ani Luizy, która jest familijną surogatką, ale – tak jak jej poprzednie – należeć ma do całej rodziny. Poprzednie dzieci przyjęły na wychowanie najlepiej sytuowane małżeństwa jako swoje. Poza tym – co na to Ala?
- Luiza jest super, nie miałabym nic przeciwko, byś został ojcem jej dziecka. Porozmawiam z Nestorką, by zgodziła się, byśmy to my je zaadoptowali. Mamy przecież warunki. A ja nie musiałabym już rodzić, bo się tego boję.
- Buu, to nie pokocham się z tobą, jak będziesz miała brzuszek i wielkie sutki? Nie napiję się twego mleka? - byłem naprawdę rozczarowany.
- Pozwolę ci bzykać Luizę przez cały okres ciąży, jak ci na tym zależy.
- I jak cię nie kochać – obsypałem Alę pocałunkami.
Obsiewanie żyznego ogrodu Luizy odbyło się miesiąc później, w środku jej najbardziej urodzajnych dni, i też miało uroczystą oprawę, ale nie tak liczną widownię, jak „piętnastka”. Odbyło się w naszym nowym mieszkaniu na Żoliborzu Artystycznym, na naszym dużym małżeńskim łóżku. Była Ala, jej matka Basia, rodzice Luizy i jej brat oraz Iza, Nestorka naszego rodu. Teść Marek był tego dnia w delegacji, a mała Werka na obozie zimowym. Luiza była jeszcze bardziej skupiona i urzędowo poważna niż wtedy, na „piętnastce”, gdy miała sześciomiesięczny brzuszek. Gdy wykonywałem zalecane ruchy w pozycji najbardziej zalecanej przez ginekologów do skutecznego zapłodnienia, przypomniała mi się stara śpiewka z jakiegoś kabaretu, chyba STS- u: „a kiedy nam przyjdzie w małżeńskiej łożnicy już lec/spłodzimy dzieciątko w skupieniu cnotliwem, rozpusty potrafim się strzec” - i wybuchnąłem głośnym śmiechem. Po chwili moje nasionka o kształcie kijanek pomknęły ku maleńkiemu ziarenku w podglebiu Luizy, by złączyć się z nim i wspólnie rozkwitać.
Chciałem pocałować Luizę, ale odwróciła twarz. - Pocałujemy się, gdy nam się uda. Teraz muszę poleżeć z podkurczonymi nogami, by jak najmniej ciebie ze mnie wypłynęło. A jutro powtórka, najlepiej o tej samej porze.
- To może zostaniesz u nas do jutra? - zaproponowała Ala, kiedy wszyscy wyszli, a Luiza nadal śledziła drogę moich nasionek i liczyła im czas.
- A gdzie wy będziecie spali?
- Tutaj, razem z tobą.
- Dobrze. Przypilnuję, żebyś go dziś ani jutro nie używała. Najpierw obowiązek, później przyjemność.
- A ja mogę cię teraz powtórnie pokochać już dla samej przyjemności? - spytałem Luizę.
- Twojej przyjemności, czy mojej? - odpowiedziała pytaniem.
- Wspólnej.
Zastanowiła się. - Dobrze, chodź, - Była jednak tak samo oficjalna i drętwa jak poprzednio. Czy ona w ogóle nie potrafi cieszyć się seksem, czy też funkcja surogatki odebrała jej radość i pozbawiła libida? Będę musiał popytać chłopaków, którzy zrobili jej poprzednie dzieci, a najlepiej obejrzeć film z jej „piętnastki”.
Ala w tym czasie masturbowała się świeżo zakupionym w Czechach – bo w Polsce tego nie ma – nowatorskim dildo o kształcie i wielkości końskiego penisa. Przynajmniej jej było dobrze.
Po miesiącu okazało się, że Luiza jest w ciąży, a w wynajętej stajni na ogromnej, pustej parceli na Młocinach stanął sześcioletni gniadosz Bucefał. Tak nazywał się ulubiony koń Aleksandra Macedońskiego, ale ten nie miał służyć mieczowi, lecz kądzieli. Teraz Iza i cała żeńska część rodziny zaczęły spędzać wolny czas w stajni na Młocinach i oswajać się z nowym nabytkiem. Po kilku dniach Nestorka musiała wprowadzić reglamentację tych wizyt, bo koniowi groziło zagłaskanie na śmierć… Poza tym któraś co rusz nie mogła sobie odmówić wzięcia wysuwającej się pały Bucefała do ust, co groziło falstartem jego inicjacji. A przecież to Iza miała być tą pierwszą, która poczuje smak jego nasienia na języku i jego okazałość w sobie, gdy już odpowiednio jego i siebie do tego przygotuje. Póki co, każda kobieta z rodziny dostała od Nestorki taką samą gumową zabawkę, jaką ostatnio sprawiła sobie Ala. Niech się oswoją z kształtem, wielkością i formą, zanim sięgną pierwowzoru.
Bucefał rozpalił masową wyobraźnię rodziny do tego stopnia, że praktycznie nie rozmawiano o niczym innym: podczas spotkań towarzyskich, przy niedzielnych obiadach – i podczas uprawiania miłości. Moja Ala wyznała mi kiedyś, w chwili uniesienia, że jej ogieropodobne dildo jest super, ale chciałaby poczuć oryginał – i spytała, czy ja też. Odparłem, że po Piotrku nic już mi nie jest straszne.
Póki co, musiałem niemal codziennie po zajęciach zaspokajać Luizę, która była żywym dowodem, iż kobiety w ciąży maja wielką chcicę, która rośnie wraz z brzuchem.
Tymczasem Nestorka niespodziewanie ogłosiła, że organizuje wielki, uroczysty benefis – ostatni seans bukkake. Kończy ten etap, podobnie jak wcześniej zakończyła próby bicia poczwórnego rekordu, zanim zacznie następny, międzygatunkowy. Mają się stawić, odpowiednio przygotowani, wszyscy męscy członkowie rodziny, których naliczyła 31, oraz wszyscy, których zdołają oni namówić. Mianowała swoje asystentki: Michalinę i Basię, które mają liczyć spusty i dbać o ich prawidłowe kierowanie na twarz i ciało bohaterki seansu, dokumentacją filmową miał zająć się bliźniak Michał, a do roli flufferek wyznaczyła kilka najmłodszych dziewcząt z rodziny, w tym Alę, Werkę i Luizę. Na ochotnika zgłosiła się też Sandra, najmłodsza córka stryjka Felka, która dopiero za rok będzie obchodziła swoją piętnastkę, i choć błagała swoja prababcię na kolanach i całowała ją po nogach – Iza była nieugięta. - Jesteś jeszcze za młoda. Póki żyję, nie będzie żadnej perwersji w mojej rodzinie.
Miejscem benefisu było największe pomieszczenie – dwukondygnacyjny hall w ustronnej willi moich teściów w Aninie, w którym pół roku wstecz odbywała się „piętnastka” ich młodszej córki. Zbudowano taki sam biały podest. Położono na nim to samo łóżko wodne, ale wokół nie ustawiono krzeseł ani tronu, tylko kilka miękkich pufów dla najmłodszych dziewcząt, które będą pobudzać ustami i dłońmi dostawców spermy do większej wydajności. Werka była bardzo ucieszona tą funkcją. Ale surowa jak zawsze Luiza, którą Iza mianowała kimś na kształt brygadzistki drużyny flufferek, studziła jej zapał: - Masz ich tylko mechanicznie pobudzać i stawiać do do pionu, a nie robić im i sobie dobrze. To są dostawcy towaru, a z dostawcami się nie flirtuje. Oni mają dostarczyć to co trzeba na miejsce, a nie zostawić gdzieś w portierni. Jeśli któryś tryśnie na ciebie, a nie na Nestorkę, to ci własnoręcznie łeb ukręcę. I zdejmij te idiotyczne okularki, bo na ich widok facetom będzie opadać.
- Głupia jesteś – odparowała Werka. - Mojego tatę podniecają i nie pozwala mi ich zdejmować, kocha widok spermy na szkłach. A poza tym nie jestem jakąś tam woźną na portierni.
Izabela iście królewskim wkroczyła na podest punktualnie o piętnastej, zrzuciła biała suknię, pod którą jak zwykle nic nie miała i zajęła półleżącą pozycję na łóżku wodnym. W ręku trzymała elegancki, pozłacany wibrator – widziałem go na półce w jej łazience – którym od niechcenia muskała swoją megałechtaczkę. Wyglądała jak królowa z berłem w dłoni. Po obu jej stronach zajęły miejsca damy dworu: jej córka i wnuczka, ubrane w jednoczęściowe kostiumy i koronkowe rękawiczki do łokci. Michalina trzymała licznik. Do flufferek zaczęli się ustawiać pierwsi chętni do wywołania przez nie wzwodu, a pierwsi już gotowi do strzału wchodzili na podest. Na czele stawki dostrzegłem Pawełka i Piotrka. Prababcia pomachała im na powitanie. - No dajcie mi to, robaczki. - Obaj niemal równocześnie wystrzelili na jej wysuszone piersi. Rozsmarowała po nich spermę. - Dziękuję, ale następnym razem proszę wyżej – zachęciła. Jako trzeci spuścił się – już bez obsuwy, prosto na twarz – mój teść Marek, po nim jednocześnie Adam i Felek. - Pięć! - obwieściła Michalina.
- A ty się nie leń – klepnął mnie w ramię syn dziadka Michała, który masując swego dostawcę spermy szedł w kierunku podestu. Ruszyłem za nim. Oszacowałem, jak daleko mi do wytrysku, stwierdziłem, że jeszcze trochę, więc podszedłem do dziewczyn na pufach. Ala była zajęta wzbudzaniem wujka Adama, który już zbierał się do drugiej rundy, Werka pracowała na dwie ręce, Luiza podnosiła ustami Pawełka, doszedłem więc do niezatrudnionej chwilowo i nieznanej mi dotąd rozłożystej, tlenionej blondyny wytatuowanej na całym ciele, z kolczykami w brwiach, nosie, sutkach i wargach.
- Nie skaleczysz mnie? - zagaiłem, wsuwając jej swojego marcinka do ust. Wykonała kilka szybkich, niemal profesjonalnych ruchów – poczułem, że kolejny kolczyk ma na języku. Mój ładunek dotarł prawie do wylotu lufy, - Dziękuję – powiedziałem i szybko pobiegłem w stronę Nestorki. - You re welcome – dobiegła mnie jej odpowiedź. Później dowiedziałem się, że to Cristel, nieślubna córka dziadka Michała, urodzona i mieszkająca w Anglii, która bardzo stara się o przyjęcie do rodziny.
Dwa ruchy ręką wystarczyły, bym eksplodował na siwe włosy i czoło Izabeli. - Dziękuję, ale długo kazałeś na siebie czekać – powiedziała. Pocałowałem ją w lepkie od spermy usta. - 21! Oczko! - obwieściła Michalina.
Z obu stron podchodzili kolejni strzelcy. Barbara delikatnie trzymała obiema rękami głowę Izy i naprowadzała ją na ich lufy, by nie chybiły celu. Raz z lewej, raz z prawej…- 24...25...26...27 – liczyła Michalina.
Wróciłem do flufferek, akurat Ala miała wolne. - Szybko, postaw mi go, bo skompromitowałem się przed Izą. Nie dość, że późno, to jeszcze niecelnie. - Ala zaczęła swoją poezję francuską, która ponad rok temu tak rozkochała mnie w niej. Po minucie byłem gotów, - Dzięki, skarbie, jesteś niezawodna – pocałowałem ją w usta, do których za moment wsunął się kolejny zawodnik. Odepchnąłem kolejkowiczów i znów stanąłem przed obliczem Izy. - Ooo, to znowu ty – ucieszyła się. Podsunąłem się bliżej, by dotknąć czubkiem jej ust i wypaliłem w nie całą ponownie zebraną amunicję. Nie nadążyła połykać, strumyki ciekły jej po brodzie, szyi, spływały na płaski brzuch i pomiędzy żylaste uda. - 34! - ogłosiła Michalina. - Mogę wypić? - pochyliłem się ku złączeniu jej ud. - Nie teraz. Po wszystkim – oblizała usta.
- 35...36...37...38 – liczyła dalej Michalina.
Teściowa trąciła mnie w bok i szepnęła: - Iza liczy kto ile. Piotrek obrócił już trzeci raz. Postaraj się.
Ja pierdzielę, jak tu się starać. Nie miałem viagry, zresztą ona tylko stawia, a nie produkuje spermy. Podszedłem do barku, zobaczyłem malibu i sok z ananasa, zrobiłem sobie drinka pół na pół, wypiłem. Okropnie słodkie, wolałbym łyskacza, ale może pomoże. Z podestu docierały tymczasem kolejne numery, jak w losowaniu totolotka: 47,,,49. Ale Michalina musi się nudzić w roli księgowej – pomyślałem.
Stałem przy barze, kiedy podeszła do mnie, nagiego, elegancko ubrana żona wujka Adama. - Co tu robisz? - zdziwiłem się, - Byłam ciekawa, może też coś takiego zorganizuję na wiosnę. Chyba przyjdziesz? - Jasne – odpowiedziałem. - To trzymam cię...za słowo – to mówiąc ścisnęła delikatnie moje jądra i obróciła je w dłoni. Tak erotyczne dotknięcie wytwornie ubranej i prawie mi nieznanej kobiety – widzieliśmy się raptem ze dwa razy, nie pamiętam nawet jej imienia – zadziałało jak defibrylator. Przeszedł mnie dreszcz, serce zaczęło szybciej bić, a mój marcinek wystrzelił w górę. Zacząłem go intensywnie pocierać, rósł nadal, a z oczu żony wujka Adama wystrzeliły gwiazdy. - Trzymam cię... za słowo – powtórzyła i oddaliła się, kołysząc biodrami. Kurde, jaka ona seksowna! Jak to się stało, że dotąd jej...bliżej nie poznałem.
Ze spęczniałym marcinkiem w dłoni wbiegłem na podest. - Witam po raz trzeci, ale nie ostatni, babciu – słowo „babciu” dodatkowo mnie podjarało i strzeliłem w jej twarz już nie śrutem, ale breneką. Aż odrzuciło jej głowę. - Nieźle, synku – pochwaliła Basia, masująca teraz kark Izy. - 66! - obwieściła Michalina. - Jest rekord. Kończymy? - nachyliła się do ucha Izabeli. Ta językiem smakowała moją spermę na jej ustach, zanim odpowiedziała: - A skąd! Obsługujemy do ostatniego klienta, jak na elegancki lokal przystało.
Tym ostatnim „klientem” okazał się...nie wiem, czy zgadniecie? Mały Pawełek prawiczek, który był też pierwszym. Jako jedyny finiszował na prababuni pięć razy, tyle, ile ja parę miesięcy temu. Ja tym razem byłem drugi z czterema golami, ex aequo z Piotrkiem, co mi ujmy nie przynosi. Dziesięciu krewniaków i Bartek z agencji miało po trzy spusty. Michalina naliczyła ich łącznie 88. - Dwa bałwanki. Pewno dałoby się je ulepić, gdyby zamiast spermy leciał śnieg – skomentowała Werka.
- Ty to masz skojarzenia – obruszyła się Luiza. Gdy się już wszyscy ubraliśmy, chwyciła mnie za guzik kurtki. - Masz tam coś jeszcze? Bo chce mi się jak diabli po tym ssaniu fiutów.
- Nic już dzisiaj z siebie nie wycisnę, sorki. Pobaw się małym bucefałem. Dobranoc, do jutra.
- Zaczynam być zazdrosna o ten inkubator – Ala wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do samochodu.
Prawdę mówiąc, miała prawo być zazdrosna. To, że Luiza jest w ciąży z moim dzieckiem, ogromnie mnie rozpalało. To nic, że w łóżku była oficjalna, chłodna, czasem wręcz drewniana. Rżnąłem ją jak oszalały, miałem megawytryski i megaorgazmy, po dwa- trzy w czasie jednej sesji. Nic dziwnego, że Ala czuła potem niedosyt. Ale przecież sama dała na to przyzwolenie.
- Jak chcesz i potrzebujesz, znajdź sobie kogoś, kto cię lepiej zaspokoi – zaproponowałem podczas którejś nocy po wieczorze spędzonym z Luizą, kiedy na próżno starała się postawić mnie do pionu, a zapas viagry od Marka dawno się wyczerpał. - Może Piotruś?
- Czytasz w moich myślach. Ale Piotrek odpada. Michalina mi go nie odstąpi. Mogłabym ewentualnie przyłączyć się do nich jako trzecia, ale to nie to samo. Potrzebuję osobistej więzi. Pamiętasz, jak wtedy wróciłam z imienin koleżanki, zrypana przez czterech kolesi? Zgwałciłam cię niemal w drzwiach, bo chciałam ciebie, jednego, potrzebowałam bliskiego związku z mężczyzną.
- A Marek? Barbara na pewno by ci go nie poskąpiła.
- Jego na co dzień do cna eksploatuje mała Werka. Skarżył mi się kiedyś, że po którymś weekendzie, kiedy praktycznie nie wychodzili z łózka - mamy wtedy nie było, miała jakiś służbowy wyjazd - nie mógł w poniedziałek wsiąść do samochodu.
- A wujek Adam? Stryjek Felek?
- Są słabi. Gdzie im tam do ciebie.
- Pawełek?
- Daj spokój. Smarkacz jest niepoważny.
- To co? Mam przestać chodzić do Luizy?
- Zobaczymy po najbliższym piątku.
- A co ma być w ten piątek?​
- Niespodzianka, o której miałam ci powiedzieć jutro, ale skoro już wywołałeś temat…
Tą niespodzianką był ów „nowy heban” z zaprzyjaźnionej z Izabelą agencji, z której wcześniej wynajmowała Bartka do prób „poczwórnego axla” i z której wynajęła dwie „młode dupy” dla dziadka Michała i jego kumpli, w miejsce Alicji i Werki. Po zaniechaniu tych prób nie korzystała już z usług Bartka, poza pożegnalnym bukkake, ale „nowego hebana” nie omieszkała spróbować. Okazał się nim przystojny i inteligentny student medycyny z Senegalu, obdarzony, jak na czarnoskórego przystało, mocno ponad średnią. Chyba nawet bardziej niż Piotruś. I z nim właśnie Ala miała się spotkać w najbliższy piątek, w sypialni Izabeli. - Chciałabym, żebyś to zaakceptował. To będzie pierwszy Murzyn w moim życiu.
- Oczywiście. Ale będę mógł być przy tym obecny? - wizja widoku mojej żony rżniętej przez wielką czarną pałę bardzo mnie podjarała. - I mam jeszcze jedną prośbę. W rewanżu pozwolisz Izie wynająć dla mnie jakąś dziewczynę innej rasy: murzynkę, mulatkę, hinduskę albo skośnooka Azjatkę. Też będzie to mój pierwszy raz w kolorze.
- Zgoda. - Mocno przytuliliśmy się na dobranoc.
Severin, tak miał na imię przyszły lekarz z Senegalu, miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, muskuły gladiatora i ujmujący uśmiech. Gdy weszliśmy do staroświeckiego salonu Izabeli na ósmym piętrze bloku na Chomiczówce, gospodyni siedziała z nim przy stoliku herbacianym i konwersowała po francusku. - Wreszcie ktoś, z kim mogę porozmawiać w dawno już nieużywanym języku Moliera i Diderota – cieszyła się. Severin robił maturę we francuskim liceum w Dakarze, ale na studia we Francji nie było go stać. Dlatego wybrał Polskę. Języka nauczył się szybko, bo wcześniej znał rosyjski, a na czesne i utrzymanie może bez trudu zarobić swoim czarnym jak heban ciałem. Zatrudnia się w reklamach, epizodach filmowych i jako pan do towarzystwa. W ksenofobicznej Polsce, niechętnie przyjmującej ludzi innych ras, prawie nie ma konkurencji, która w Paryżu byłaby ogromna.
Iza bez długich wstępów wskazała znaną mi dobrze sypialnię z ogromnym kwadratowym łóżkiem dwa metry na dwa, które zajmowało prawie całą powierzchnię niewielkiego pokoju, w którym były tylko jeszcze toaletka, szafa ścienna i telewizor, na którym oglądała „Szkło kontaktowe” i swoje ulubione ostre pornosy, ostatnio głównie z koniem w roli głównej. Usiadłem na pufie przed toaletką i siedziałem tak jak wryty przez następne dwie godziny. Zza drzwi dobiegały „Cztery pory roku” Vivaldiego, tylko trochę tłumiące orgazmiczne okrzyki mojej żony, ujeżdżanej w każdy możliwy sposób przez czarnoskórego ogiera z trzydziestocentymetrowym narzędziem.
Po dwóch godzinach Iza zapukała do drzwi. - Kotki, wynajęłam Severina tylko na dwie godziny, on ma zaraz zajęcia w klinice. Kończcie.
Ala wypowiedziała tylko jedno artykułowane słowo: - Merci!
Po wyjściu Severina długo pieściłem ustami rozwartą jak nigdy dotąd muszlę żony i spijałem z niej czarno- biały nektar.

Czy możesz skomentować to opowiadanie :)

Prosimy o nie dodawanie w komentarzach danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Pokolenia VI. Życie codzienne familii"

(pole wymagane)

Dodał/a: Geolog w dniu 28-06-2019 - czytano 3278 razy.